Tea time DIY.

Coś bardzo opornie mi idzie ten powrót do rzeczywistości. Jestem ospała i rozleniwiona. Nawet nie mam ochoty na kawę.

Kiedyś byłam ogromnym miłośnikiem herbaty. Uwielbiałam eksperymentować. Miałam zawsze kilka rodzajów herbaty. Do dzisiaj mam wiele propozycji w kawowo-herbacianej półce, ale chęć na herbatę jakby zmalała. Kiedy byłam w ciąży, nie byłam w stanie wypić nawet kubka.
I tak trochę o niej zapomniałam.
Nie wiedzieć dlaczego jak byliśmy na wakacjach zachciało mi się herbaty. Czarnej, najzwyklejszej z kawałkiem cytryny. Tym sposobem rozbudziłam swoje kubki smakowe na nowo.
Kiedy byliśmy wczoraj w sklepie mąż na ucho zapytał:
Po co Ci te filtry do kawy jak my nie mamy ekspresu przelewowego?
Zobaczysz.
Odpowiedziałam po cichu, wkładając do koszyka kardamon i wiórki kokosowe.

Nie bez kozery pojawiła się również wczorajsza dostawa malin i całonocne suszenie - jako część eksperymentu.

Zaczynamy!
Herbata z malinami i kardamonem.
3 torebki

  • 1 łyżeczka czarnej dobrej jakości herbaty
  • 1 ziarno kardamonu 
  • 1 łyżeczka suszonych malin
  • 1 łyżeczka suszonego hibiskusa
  • 3 filtry do kawy lub herbaty




Mieszamy składniki w moździerzu. Przesypujemy do saszetek dzieląc na trzy porcje. Zawiązujemy sznureczkiem i w ten o to sposób mamy przygotowaną herbatę na miłe popołudnie.

Herbata korzenna z kokosem
3 torebki
  • 1 łyżeczka czarnej herbaty
  • 1 ziarno kardamonu
  • 1 gwiazdka anyżu
  • kawałek laski cynamonu
  • 2 goździki
  • 1 łyżeczka wiórków kokosowych



Ponownie mieszamy składniki w moździerzu i przesypujemy do saszetek.

Parzymy tak długo jak lubimy. Ja swoją herbatę parzę do otrzymania odpowiedniego koloru.

Możecie eksperymentować. Dodając orzechy, żurawinę, skórkę pomarańczową czy wanilię.
Zamiast czarnej herbaty można dać zieloną. Zamiast przypraw lawendę czy zioła.

Te powyżej zaskakują smakiem. Pierwsza jest delikatna i lekko kwaskowa. Druga bardzo intensywna i korzenna.


Miłego czasu przy herbatce!

3 majcie się!

Kasia.


autor tekstu i zdjęć: vanillaforhome.blogspot.com Katarzyna Płatuska- Juraszek

Czytaj dalej

Powroty.

Zatem jesteśmy. Wróciliśmy cali i zdrowi. No prawie. Po tych wędrówkach i biegowych treningach moja kostka trochę ucierpiała, ale jest dobrze.

Ruszyliśmy w zeszłym tygodniu z zapakowaną walizką i trzema plecakami. Porzuciliśmy samochód i wsiedliśmy do Pendolino.
Cudo! Pendolino jest rewelacyjne. Cicho, zero drgań, książka w dłoni i dobra kawa. Sześć godzin i jesteśmy w Gdyni. Wypoczęci i odprężeni.
Nie będę wam pisać o Januszach i Grażynkach bo ich przecież wszyscy znają, ale pokażę wam zdjęcia z dzikich plaż gdzie na długości kilku kilometrów spotyka się jedną lub dwie osoby.

Nie nosiłam ze sobą aparatu. Czasem żałowałam, ale przy takiej ilości kilometrów jakie przeszliśmy dodatkowe kilogramy nie były wskazane. W ciągu tygodnia przeszliśmy prawie 100km. Zapewniam was, że czterolatki nie potrzebują wózka. Nasza Olga wędrowała z nami równym tempem. Może ze dwa razy powiedziała, że bolą ją już nogi, ale miała prawo na 10 lub 15 kilometrze :).

Byliśmy w Karwi. Doszliśmy do Dębek, Ostrowa, a ja dobiegłam do Jastrzębiej Góry. Wypróbowałam bieganie przy wschodzie słońca. Jest pięknie, ale wole biegać później. Za to mojemu mężowi tak spodobało się bieganie przy wschodzie słońca, że kilka razy wstał o 4:30 i wyruszył na podbój plaż.









Piękne to poranne bieganie. Tylko dlaczego trzeba tak wcześnie wstawać :).

Faktem jest, że wschód słońca jest bardzo optymistyczny i napawa siłą.

We wszystkich miejscowościach do których udało nam się dojść 90% asortymentu to tandeta i kicz (chociaż nie wiem czy kiedykolwiek było inaczej). Plastik bombastik i Januszowo. Na szczęście na moich dzieciach budki z plastikiem nie robią wrażenia. Musieliśmy ich namawiać, żeby sobie coś kupiły. Olga wolała zbierać skarby na plażach, a Jula pyszne lody ze "Słodkiego Ula". Kupiliśmy łopatę, wiaderko i formę na zamki z piasku. 
Było biegowo, spacerowo i aktywnie, wręcz budowniczo. Nasz piaskowy żółw mógłby się stać złotym biznesem.




Dzikie plaże istnieją. Wędrówki wzdłuż wybrzeża to coś wspaniałego. Nie wiem dlaczego tak mało osób się na nie decyduje. Po plażingu do 16stej ruszaliśmy na obiad i spacer do późnych godzin wieczornych.
Zobaczcie sami jakie są piękne dzikie nieposprzątane (ze skarbów morza) plaże.












Prawdziwa bezludna wyspa ;).



Na diecie bezglutenowej nie jest łatwo. Jak się okazuje podstawowe wakacyjne menu Polaka to kebab, zapiekanki i gofry. A dobrych restauracji jest jak na lekarstwo. W promieniu 20km znaleźliśmy tylko dwie restauracje, w których mogliśmy coś zjeść. Kiedy przyszliśmy do jednej z nich po raz drugi okazało się, że jest po sezonie i mają zamknięte. Zatem została nam tylko jedna.

"Mahi mahi" w Ostrowie to mały bar, ale jedzenie jest tak pyszne, że buty spadają. Dodatkowo obsługa wiedziała od razu co nam wolno, a czego nie na diecie bezglutenowej. I wiecie co? Pierwszy raz spotkaliśmy się z prawdziwymi frytkami. Pycha!


Mahi mahi - grillowana flądra z prawdziwymi domowymi frytkami z pysznym sosem śmietanowo-chrzanowym.

Mała porcja dla Oli to kurczak BBQ. Pycha! No i znów te frytki...


Minus? Byliśmy tylko raz, bo po 16stym już było po sezonie. Bardzo szkoda, bo menu świetne.

Pozostała nam tylko "Tawerna Złota" w Karwii. Dania bardzo wykwintne i dobre. Niestety obsługa powinna przejść porządne przeszkolenie.
Prawdziwym hitem była odpowiedź jednej z kelnerek:
- Czy mogłaby Pani nam coś polecić
- Tak, tę flądrę, której nie ma
- ???
Jedzenie było pyszne, chociaż kucharz kilka razy dał ciała. Nie do końca jestem również przekonana co do bezglutenowości potraw, ale dla tych którzy nie mają problemów to szczerze mogę polecić.

I tak dochodzimy do końca podróży. Z zachodem słońca i bolącą kostką. Było warto! Każdemu życzę takich wakacji. Bez gotowania, bez sprzątania, bez samochodu i stałego internetu w telefonie. Z rodziną i wschodzącym słońcem.
Jestem natchniona nowymi pomysłami kulinarnymi, optymizmem i mam naładowane baterie na długi czas.








3 majcie się.

Kasia.

autor zdjęć i tekstu: vanillaforhome.blogspot.com, Katarzyna Płatuska-Juraszek


Czytaj dalej

Bon Voyage!

Wakacje na diecie bezglutenowej to wyzwanie. Żeby tego było mało postanowiliśmy wyruszyć nad polskie morze Pendolino. Szaleństwo. Dwójka dzieci i my spakowani w jedną walizkę, każdy z plecakiem ruszamy w drogę.
Śniło mi się wczoraj, że po 20 minutach jazdy, stanęliśmy w jakimś lesie bo Pędolino się popsuło. Hmmm... mam nadzieję, że to dobry znak i w rzeczywistości wszystko będzie w porządku.
Nigdy nie miałam problemów z podróżnym pakowaniem, bo przecież wszystko mi się zawsze zmieściło do samochodu :).
Tym razem musiałam upchnąć całą rodzinną garderobę w jedną, średniej wielkości walizkę.
Czy to możliwe?


Pogoda nad morzem jest zmienna, zatem musiałam zorganizować wszystkim garderobę na cebulkę.
Pionowy sposób układania rzeczy Mari Kondo sprawdził się doskonale.
Co mam w walizce na zdjęciu powyżej:

31 bluzek
4 piżamy
4 pary jeansów
4 wiatrówki
3 swetry
3 bluzy z kapturem
4 pary dziecięcych getrów
Na wierzch wejdzie mi 7 par butów i 4 ręczniki plażowe.

Na pokrywie umieściłam bieliznę dla 4 osób, stroje kąpielowe i kilka kosmetyków dla Olgi.
Nieźle co?

Zatem ruszamy w drogę.


Koloraże spakowane, a co najważniejsze buty do biegania też :).
Liczę na pełne baterie i nowe pomysły blogowe, szyciowe i inne.
Dawno nie byliśmy na wakacjach. Przyszedł nasz czas. Ruszamy!

Może się gdzieś spotkamy po drodze.


Do napisania po urlopie!
3 majcie się.
Kasia.

autor zdjęć i tekstu: vanillaforhome.blogspot.com Katarzyna Płatuska-Juraszek
Czytaj dalej

KolorOwe wnętrze.





Wakacje i kolor idą w parze. Kocham kolorowe wnętrza z dużą ilością wzorów. Tak, wiem teraz skandynawskie biele i czernie rządzą. Też je lubię, ale chyba bardziej u kogoś niż u siebie.
Kolor daje mi radość i siłę. Pozwala tworzyć i łatwiej ogarniać rzeczywistość.
Nasz dom nie jest idealny. Jedenaście lat i kupno już gotowego domu nie pozwala na niektóre zmiany takie jak byśmy chcieli.
Jednak stwierdziliśmy jednoznacznie całą rodziną, że lubimy nasz dom, a to przecież najważniejsze.
Uwielbiam wnętrza stworzone przez Novogratzów, ale i moje mnie cieszą.
Zdarza mi się przygarniać od znajomych rzeczy dla których oni już nie widzą drugiego życia.
Poduszka błaha sprawa, ale to ona sprowokowała zmiany u nas w salonie. Duża zadbana poducha miała stać się pufą i tak też się stało. Jednak materiały, które kupiłam za granicą tak bardzo mnie zauroczyły, że nie mogłam się powstrzymać i uszyłam nowe powłoczki na sofę.
Jest wzorzyście i kolorowo, ale nie rozstaję się z bielą i czernią.






Pamiętacie jeszcze mój przemalowany stół i krzesła w kuchni klik? Od kwietnia materiały na nich zmieniły barwę przez niejakie małe Olo, ale to był dobry pretekst do zmiany poszycia na nowe.
Materiały, które kupiłam są drogie ( 54zł i 79zł za 1m2), ale warte swojej ceny. Jakościowo pobiły wszystkie, które kupiłam w Polsce.



Jak widać poniżej pufo-poducha pasuje wszystkim. Dzieciaki uwielbiają leżeć na dywanie, a poducha pozwala nawet na drzemkę.






Nie ważne czy poducha, czy obrus i tak miło się na nich leży ;).



Dzieki porządkom z Marie Kondo, wiem dokładnie czego chcę i czego potrzebuję.

W sobotę ruszamy nad polskie morze. Jak najprościej spakować kolory do walizki?


Zabrać ze sobą koloraże.

Pamiętacie? klik

Jest kolejne wydanie, na które bardzo czekałam. Hippie. Czadowe!
Tak sobię idę ostatnio po galerii Krakowskiej i widzę kobietę, która siedzi przy kawie i co robi? Koloruje "Kwieciste Łąki". Brawa dla tej Pani! Pozdrawiam wszystkich zakręconych koloraży.

Wszystkim fanom wydanie Hippie na pewno przypadnie do gustu. U mnie numer jeden w wakacyjnej walizce.

To tyle na dzisiaj.

Dałam się namówić na instagrama.
Możecie od wczoraj śledzić mnie również tam.

3 majcie się.
Kasia.


autor zdjęć i tekstu: vanillaforhome.blogspot.com Katarzyna Płatuska-Juraszek

Koloraże. Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o.


Czytaj dalej